Tekst powstał z okazji Tygodnia Małżeństwa i akcji blogowej zorganizowanej przez Mocem. W tym roku przewodzi jej hasło: celebrowanie miłości w małżeństwie.

Moim pierwszym pomysłem na tekst związany z tą akcją było poruszenie tematu przeżywania miłości małżeńskiej (a więc także jej celebrowania) w czasie żałoby po stracie dziecka. Szczególnie na początku tej żałoby. Dlaczego taki smutny temat? Przede wszystkim dlatego, że jest mi bliski i dopiero sama przez to przechodziłam. Pomyślałam też, że dużo tego nie ma w internetach i może się to komuś przyda.

Na dobre i na złe

Przed ołtarzem przyrzekamy sobie miłość w każdym czasie, także w złej doli i chorobie. Oczywiście zwykle jednak myślimy, że te ciężkie chwile za szybko nas nie spotkają. Że czas intensywnej pielęgnacji w szpitalu to może gdzieś na stare lata.

U nas w miarę szybko przyszedł czas próby. Nasza pierworodna zmarła trzeciego dnia po porodzie, niedługo przed naszą trzecią rocznicą ślubu. Jak by tego było mało, mój organizm porządnie wtedy oberwał i musiałam pewien czas spędzić w szpitalu. Nie był to dobry czas na żałobę… Ale wspaniały, by kochać i tę miłość okazywać czynem. Nie żadnym wzniosłym i przyjemnym… Przede wszystkim obecnością. To było najważniejsze. Mąż wziął nawet urlop, byle by mi towarzyszyć. W cierpieniu na wielu płaszczyznach. Poza tym zabiegi pielęgnacyjne, pomoc przy toalecie, wstawaniu, chodzeniu. Tak, niewesoło to wyglądało przez kilka dni. A jednak było to święto małżeńskiej miłości. Choć cierpiącej, to silnej i pięknej.

To musiało być trudne widzieć ukochaną osobę w takim stanie. W dodatku znacznie oszpeconą przez rozległą opuchliznę. To nie wygląda jak scena z romantycznego filmu. To jest scena z życia, gdzie kocha się mimo wszystko – nawet jak boli i jest niewygodnie.

Razem w domu

Dzień po wyjściu ze szpitala była nasza trzecia rocznica ślubu. mieliśmy ją świętować inaczej… ale byliśmy po prostu razem w domu i razem we własnym łóżku, i w tamtym czasie po trzech tygodniach spędzonych w szpitalu to było naprawdę dużo. Jednocześnie przytulność własnego mieszkania i wielka wyrwa w sercach – tak zaczynaliśmy żałobę w trzecią rocznicę ślubu.

Ponieważ miałam cesarskie cięcie, mąż mógł wziąć dwa tygodnie zwolnienia na opiekę nade mną. Skorzystaliśmy z tej opcji. Czasem słyszę, że ludzie tego nie robią, bo pieniądze. Dla nas jednak nasze bycie razem jest ważniejsze niż pieniądze. Czuliśmy, że to nam na tamten czas było potrzebne – bo choć fizycznie w miarę wróciłam do siebie, to psychicznie musieliśmy wejść w kolejny etap żałoby.

Wiecie, jakie myśli potrafią pojawiać się w takim czasie? „Lepiej się ze mną rozwiedź, bo co Ci po takiej żonie”. Co ma zrobić taki mąż, jeśli usłyszy takie słowa? Myślę, że przyjąć do wiadomości uczucia ukochanej i upewnić, że kocha właśnie ją. Mój mi mówił, że nie chce i mnie kocha.

Co oprócz takich i innych rozmów robiliśmy razem w domu? Było normalne życie: gotowanie, wspólne posiłki, sprzątanie, zakupy. Dużo czasu poświęciliśmy na spacery. Zwykle udawaliśmy się w jakąś dzicz, gdzie nie spodziewaliśmy się spotkać żadnych ludzi. I byliśmy tam my i natura w około. Akurat wiosna rozbujała się w przyrodzie, więc to był idealny czas na takie aktywności. Krzaki, kanały, rzeki, lasy, chaszcze. Gdzieś, gdzie będziemy sami… Wcześniej uprawialiśmy geocaching, więc mieliśmy doświadczenie w odszukiwaniu takich miejsc.

Jeśli chodzi o naturę, to nie zabrakło także wyjazdu w Tatry. Tam można porządnie odpocząć, a jednocześnie się zmęczyć. Także we dwójkę. Wyjechaliśmy tym razem na dłużej niż zwykle, kilka miesięcy po tragicznych wydarzeniach. Wspólna wędrówka na szczyty. I tak jak w życiu – nie zawsze udawało się dojść tam, gdzie zamierzaliśmy. Plany czasem się zmieniały… czasem były różne przeszkody.

W tamtym czasie szczególnie ważne dla nas było by zrozumieć, że jesteśmy inni. Że druga osoba może zupełnie inaczej przeżywać żałobę. Inaczej to okazywać. Że wspólne płakanie nie zawsze z obu stron oznacza wylewanie łez. Mąż płakał na początku, przez kilka pierwszych dni. U mnie to trwało dłużej i musieliśmy się w tym wszystkim porozumieć. Kolejna szkoła komunikacji małżeńskiej.

Miłość małżeńska plus żałoba w codzienności

Po zakończonym zwolnieniu i po pogrzebie Łucji przyszedł czas na „powrót do rzeczywistości”, wejście z powrotem w nasz codzienny rytm. Wymownym wydarzeniem z początku tamtego okresu było zaproszenie nas na ślub i wesele kuzynki męża. Mieliśmy chwilę zastanowienia, czy z tego zaproszenia skorzystać – nie chcieliśmy w jakiś sposób rzutować na atmosferę na tym zwykle pełnym radości wydarzeniu. Państwo młodzi zapewniali nas jednak, że będzie im bardzo miło, jeśli się pojawimy.

Była to dla nas dobra okazja, by wspomnieć swoje ślub i wesele – największą celebrację miłości małżeńskiej. Postanowiliśmy wyjść naprzeciw przyjętym żałobnym zwyczajom – nie byliśmy przekonani do tego, by zasiadywać za stołem w czarnych strojach, nie okazując zainteresowania parkietem.
Chcieliśmy skorzystać z okazji do tego, by być blisko – być dla siebie nawzajem w tańcu przez fizyczny kontakt, czułość, dotyk. Dla nas to był jeden ze sposobów na celebrowanie miłości małżeńskiej – także w tamtym czasie.

Czymś, co było dla nas nowe to dość częste wspólne wycieczki na pobliski cmentarz. Czasem trochę nielegalne – bo późniejszym wieczorem żeby się tam dostać musieliśmy aż przechodzić górą przez ogrodzenie. Potrzebna była współpraca – mąż mnie podsadzał, żebym mogła się wdrapać. Iście romantyczna sceneria – tysiące światełek rozświetlających noc. I my sami, kochające się małżeństwo, celebrujące święty owoc naszej miłości. W zadumie, czasem ze łzami w oczach zapalające znicza.

To był też czas, kiedy wznowiliśmy kursy tańca. U nas był to lindy hop i rock&roll. Mimo iż na porządku dziennym były podmianki partnerów, mogliśmy się do siebie bardziej zbliżyć.

Pomoc z zewnątrz

Żeby wspomóc małżeństwo w trudnych chwilach, warto czasem otworzyć się na pomoc z zewnątrz. U nas były to rekolekcje (jedne małżeńskie, drugie dla rodziców po stracie) i program pięciu spotkań z psychologiem. Co to dało? Pisałam o różnym przeżywaniu i to właśnie pomogła nam zrozumieć psycholog. Rekolekcje pozwalały zatrzymać się nad tym, co najważniejsze – pochylić się nad naszym małżeństwem w kontekście Bożej miłości i Jego planów względem nas.

Umiejętność szukania pomocy w kontekście indywidualnym jak i małżeńskim jest moim zdaniem bardzo ważna. My potrzebowaliśmy zarówno pomocy duchowej jak i psychologicznej. Na różnych etapach rozeznawaliśmy, czego w danym momencie potrzebujemy jako osoby i jako małżeństwo. Byliśmy uważni na to, co mamy w środku by móc lepiej okazywać sobie miłość w codzienności, lepiej się rozumieć, mieć siły do walki w tych trudnych okolicznościach. Inni ludzie mogą dostrzec coś czego my nie dostrzegamy i otworzyć nam na to oczy. Poza tym opowiadając coś innym ludziom możemy się sami temu lepiej przyjrzeć i poukładać to w głowie.

Próbując podsumować przemyślenia:

  • W pierwszym okresie (wzmożonej opieki) przede wszystkim liczyła się obecność
  • Po powrocie do domu ze szpitala upodobaliśmy sobie w spacerach w odosobnieniu, ale na łonie natury – tylko my i przyroda
  • Po powrocie ze szpitala zabiegaliśmy o jak najwięcej wspólnego czasu by móc razem przeżyć początek żałoby
  • Istotne było to, że każde z nas inaczej przeżywało żałobę musieliśmy sobie to uświadomić i to w sobie nawzajem zaakceptować
  • Miesiąc po pogrzebie byliśmy na ślubie i weselu – i tańczyliśmy. Robiliśmy to, co uznaliśmy za budujące dla naszego małżeństwa, nie trzymając się sztywno zasłyszanych zwyczajów.
  • Ten czas był owocny w podróże – sprzyjały one celebrowaniu naszego małżeństwa. Byliśmy w ukochanych Tatrach, nad morzem w Gdańsku, w Warszawie, w Czechach (Brno, Morawy).
  • Było dla nas istotne, by otworzyć się na pomoc z zewnątrz np. psychologiczną
  • Pomocny nam był również czas rekolekcji
  • Sposoby na celebracje małżeństwa nie różniły w tym czasie od tych funkcjonujących wcześniej, ale było w nich trochę elementów, gdzie potrzebowaliśmy być zupełnie sami i/lub razem z naturą, szczególnie na początku żałoby

Spread the love