Oglądając wielu znajomych noszących wszędzie i zawsze dzieci w chustach tkwiłam w przekonaniu, że to najlepsza i najbardziej słuszna opcja. Że to jakiś wyższy level rodzicielstwa. Coś w stylu „Nosisz w chuście? Nooo… to już nie jesteś takim zwykłym rodzicem, co wsadza bobasa do wózka. Nieee, Ty jesteś bardziej świadomy, odpowiadasz na wszystkie potrzeby dziecka w najlepszy sposób. W dodatku dzięki temu należysz do takiej elitarnej grupy robiącej podobnie.” No ba! Od razu się można lepiej poczuć.

Oczywiście sama też chciałam być w takiej grupie fajnych, bliskościowych rodziców. Zwłaszcza, że także sama idea bliskościowego chustowania jest piękna. Jest w niej niewątpliwie coś pociągającego. A jak do tego dodać tą gloryfikację i poczucie przynależności do jakiejś wyjątkowej na swój sposób elitarnej grupy…

jestem chustową minimalistką

Chusty potrafią być drogie, więc niektóre egzemplarze nobilitują wręcz posiadaczy. Zwłaszcza jak się ma takich cały stos – a są tacy rodzice chustozbieracze. Można się poczuć wyjątkowo. Czy takie kolekcjonerstwo przyćmiewa ideę? Ależ skąd! Mogłam się w to chustonoszenie wciągnąć nawet dla samych chust. Ale… tu szybko odkryłam, że jestem minimalistą.

Przed urodzeniem Gabrysia zdobyłam dwie chusty. Jedną kupiłam, a drugą dostałam. Żebyście nie pomyśleli, że jednak wpadłam w chustowe zbieractwo – to były (i są) dwa zupełnie inne typy chust – długa i kółkowa. Korzysta się z nich trochę inaczej i inaczej mota.

Miałam więc w dniu porodu minimalny pakiet do tego, by identyfikować się z tą w pewnym sensie podziwianą przeze mnie grupą. Mogłam stać się pełnoprawną chustomamą. Odbierałam czasem to tak, jak by był na tym tle podział wśród rodziców. Czyli albo nosisz w chuście (a najlepiej w kilku) i wózek prawie dla Ciebie nie istnieje, albo jesteś zwykłą matką, która chusty w swoim ekwipunku nie ma. Za to z wózkiem jest za pan brat.

Jakie to schematy się tworzą w głowie… chociaż z drugiej strony… może jednak coś w tym jest? Skoro na Facebooku są specjalne grupy związane z chustami? Dla mam stricte wózkowych jakoś takich nie widziałam. Może to, co czułam wcale nie jest wyssane z palca?

w jakiej w końcu jestem grupie?

Jeśli bierzemy pod uwagę grupę noszących na prawie 100% i nienoszących w chustach czy nosidłach w ogóle, to cóż… nie pasuję chyba nigdzie. Mam chusty. W planach nosidło (może kavka?). Ale mam też wózek, w którym młody najczęściej chodzi na spacery. Ej… w zasadzie to dwa wózki mam. A jak z noszeniem? Ano właśnie – nie ma noszenia na 100%. Bywają miesiące z kilkoma motaniami. Bywały z motaniem codziennym. Bardzo różnorodnie…

dlaczego tak?

Wydawało by się, że skoro mam już od czasu ciąży dwie chusty, obczajałam trendy związane z noszeniem i jestem na to napalona, to będę chustować do upadłego. Ale tak nie jest. To tak nie działa. Okazuje się, że to nie dla każdego jest najlepszy sposób na czas z dzieckiem. A zwłaszcza nie dla każdego w takim stopniu. Choć ja myślałam, że wystarczy chcieć.

bo do tanga trzeba dwojga

Wychodzi na to, że chcieć musi także dziecko, bo to przecież jemu ma być dobrze. A tu cóż… mojemu dziecku dobrze jest na wolności. Jak był malutki, lubił leżeć w dostawce i się na mnie gapić. A potem to umiłowanie wolności i swobody przybierało na sile. Chusta stała się dla niego mniej atrakcyjna. Mi też nie zawsze jest w niej wygodnie.

Z drugiej jednak strony było dużo takich okresów, gdy motanie mimo swoich wad nas ratowało. Najwięcej było noszenia jak mały zaczynał intensywnie się przemieszczać, a nie było to jeszcze bezpieczne. Jakieś okolice 6-8 miesiąca. Wtedy kiedy jeszcze nie umiał siedzieć, a jego pełzanie, czworakowanie i wstawanie nie dawało mi przestrzeni na zrobienie jakiejś bardziej angażującej rzeczy w kuchni.

Szczególnie zintensyfikowało chustowanie w tym czasie odkrycie i nauczenie się wiązania o nazwie „kieszonka”. I pozwoliło to motać także tacie, który miał duże problemy z wiązaniem chusty kółkowej.  Więcej o moich oczekiwaniach i rzeczywistości naszego chustonoszenia przeczytacie tu.

czy muszę przynależeć?

Teraz nastał znów czas rzadkiego używania chusty. Sierpniowe upały i wyjątkowa ruchliwość… i to, że mały najlepiej czuje się na podłożu. Więc ostatnio jakoś trudniej mi czuć się przynależną do typowo chustowych. A może nie muszę? Może mogę być chustową minimalistką bez stosu (właśnie powstała firma chustowa, która chce promować takie podejście)? Może mogę nosić rzadko, wtedy gdy syn będzie tego chciał i na to pozwalał? Bo przecież mogę dbać o bliskość w inny sposób?

W zasadzie grupy, o których piszę nie są jakieś formalne (oprócz zrzeszania się na Facebooku) i nie mają przecież naboru i ścisłego regulaminu, kto może zostać członkiem. To może moja otwartość na chusty i nawet takie rzadkie motanie wystarczą, by nim być. Albo mogę być trochę tu i trochę tu.

Mogę też w ogóle przestać się już zajmować tymi rozważaniami i być po prostu mamą. Najlepszą, jaką mogę być dla moich dzieci. Do nich dostosowywać sposoby na bliskość. Pozwolić, by uwzględniały ich potrzeby i preferencje co do przemieszczania się. Dać przyzwolenie na to, że będzie się to zmieniać w czasie. Wziąć pod uwagę, że to, co innym odpowiada cały czas nie w każdym momencie będzie odpowiadać mi i moim dzieciom. Że to, czym powinnam się kierować to nie zew stada czy moda, nawet nie zawsze górnolotne idee. Tylko dobro mojej rodziny. To do niej przede wszystkim mam przynależeć.

Niby proste… A jednak w związku z rodzicielstwem dużo myśli się wkrada do głowy i trzeba je poukładać.

po co to wszystko piszę?

I to jeszcze na taki dziwny temat. Po prostu matki są ciągle dzielone (i rodzice) w różnych sferach. Czasem same się wydzielają. Świeżo upieczony rodzic może się w tym pogubić. Chcę zaznaczyć, że to nie jest najważniejsze. Nawet jak odniosłeś wrażenie, że tylko coś robiąc będziesz dobrym rodzicem, np. nosząc w chuście. No to nie… ale jak będziesz uważnym rodzicem, to zauważysz, kiedy to jest coś najlepszego dla Was. Żeby to noszenie było przyjemnością, a nie ciężkim obowiązkiem.

Spread the love