Wyobrażenia dotyczące początków opieki nad nowym członkiem rodziny. Któż ich nie miał? Ja w każdym razie miałam. Także takie stricte dotyczące noszenia w chuście. Choć nie wiem, czy zdawałam sobie z tego sprawę.

Obserwując przed drugim porodem świat chustonoszenia byłam zachwycona jaka to piękna idea i wspaniały sposób na rodzicielstwo. „Też tak będę robić”, myślałam. Takie piękne były zdjęcia mam (lub tatów) z dziećmi w chustach. Taka cudowna idea bliskości z maluchem wyrażająca się przez ten ciągły fizyczny kontakt.

Jakie więc były konkretnie moje wyobrażenia o naszym chustonoszeniu po porodzie? Co mi się wydawało? Jakich problemów i minusów nie zauważyłam, gdy zwiedzałam chustowy świat? Jakie zlekceważyłam, choć o nich słyszałam?

Na razie pisząc w skrócie wyobrażałam sobie to tak, że będziemy się nosić nieustannie. W domu przy sprzątaniu, szyciu, gotowaniu. Na dworze często zamiast wózka. Że dziecko będzie to lubić, a i mi będzie bardzo wygodnie ze względu na mobilność i wolne ręce. Że to będzie nasz główny sposób na życie i spędzanie czasu razem.

preferencje dziecka

To chyba podstawowa rzecz o której nie myślałam, a która jest wręcz kluczowa w tym całym przedsięwzięciu. Tyle się naczytałam, jak dobrze dzieci reagują na noszenie w chuście. Jak są w niej spokojne i nic im więcej do szczęścia nie trzeba. A tu klops. Bo moje dziecko jednak ma inaczej. I wytrzymuje w chuście średnio pół godziny, a potem chce na wolność. Owszem – zdarza się dłużej, a w zasadzie najczęściej zdarzało się, jak był malutki. Choć może spacer by go przekonał? Ale gwarancji mieć nie mogę…

to upierdliwe motanie

Myślałam, że wystarczy, że się nauczę, a będę motać i już. A przede wszystkim muszę przyznać, że nie lubię tego robić… Często zdarzało mi się przy tej czynności nieźle napocić. Bywały momenty, że jakieś wiązanie przestawało się sprawdzać (np. kangurek), a ja dalej próbowałam, zalewając się nie tylko potem, ale i frustracją. Próby ucieczki, brak współpracy, krzyki, a ostatnio ciągnięcie za ogony chusty przez młodego… Na wielu pokazowych filmach panie tak spokojnie motają nieruchome lalki. W przypadku starszego dziecka to może już wyglądać zdecydowanie mniej spokojnie. Ale nawet jeśli typ wiązania uwzględnia moment rozwoju dziecka, to i tak przez punkt pierwszy bywałam zniechęcona. Bo ja się natrudziłam, żeby zamotać, a on za 15 minut ma dosyć. I nigdy nie przewidzę ile wytrzyma…

najlepiej blisko mamy

Dlatego właśnie moje dziecko miało być najspokojniejsze w chuście. Zawsze! W naszym przypadku okazało się że: primo – inne formy bliskości często wystarczają; secundo – nie zawsze bliskość jest czymś oczekiwanym. U nas bliskość to kp, przytulanki, a także kontakt wzrokowy, noszenie na rękach i wspólne zabawy. I czasem chusta. Był czas leżenia w dostawce i patrzenia na mnie. Był też czas codziennego chustowania. Przyszedł i czas zwiedzania mieszkania i większej samodzielności, która bardzo moje dziecko fascynuje. I widzę, jak bardzo się przy tym rozwija.

szycie z dzieckiem w chuście

Tak to sobie wyobrażałam, że będę motać małego i siadać do maszyny. Jakoś nie wzięłam pod uwagę tego, że on niekoniecznie będzie chciał przy tej maszynie ze mną siedzieć. Pewnie dźwięki, które ona wydaje mogą być na początku interesujące, ale właśnie na początku. Poza tym – czy to w ogóle jest wygodne? W dodatku na szycie składa się też krojenie, które robię zwykle na podłodze, nachylając się nad nią.

prace domowe, gotowanie

Myślałam, że będę je wszystkie robić, nosząc dziecko w chuście i to będzie fajne i proste. W tym przypadku częściowo moje oczekiwania zostały spełnione. Na szczęście! Całkiem nieźle chusta sprawdza się u nas przy czynnościach wymagających ruchu, czyli np. zdejmowaniu prania i odkładaniu go, sprzątaniu porozrzucanych rzeczy. Nie najgorzej jest także w trakcie gotowania (choć od kiedy Gabryś zrobił się bardziej ciekawski, jego wychylanie się po różne produkty bywa kłopotliwe). Są jednak takie prace, których nie umiem robić z chustą, np. zmywanie – jeszcze nie  nauczyłam się motać z tyłu.

wiązanie chusty a ubranie

Zupełnie nie wiem, dlaczego na to nie wpadłam wcześniej. Może dlatego, że chyba nigdy nie zauważyłam, by ktoś zwracał na to uwagę. Otóż dociąganie chusty przesuwa też ubranie pod nią. Tak naprawdę najlepiej mieć je obcisłe i przylegające. Z tym luźnym mogą stać się dziwne, niekoniecznie wygodne rzeczy. Choć oczywiście nie zawsze.

motanie na dworze

To jest coś, czego się jeszcze ani razu nie podjęłam. Krzywo już patrzę na to, jak ogony chusty zamiatają w czasie wiązania moją nie zawsze czystą podłogę. Tym bardziej trudno mi sobie wyobrazić taką akcję na dworze. Choć może w ładny dzień by to jakoś przeszło, to w deszczu już w ogóle mi się to nie uśmiecha. Ale nie przekonałam się do tego, by spróbować nawet w słoneczny dzień. Na spacer w chuście motałam w domu i miałam nadzieję, że w takiej konfiguracji wrócimy.

ciężar

Ano nie ma co się oszukiwać. Jak dziecko w wózku, łóżeczku lub na podłodze to nie czuć jego wagi. W chuście jednak się to trochę odczuwa – zwłaszcza, gdy noszenie trwa dłużej. Jak w takim wypadku nie kochać wózka, gdy dziecko ukołysane w nim zasypia, a ja mam luz blues? Jednak kwestia ciężaru w porównaniu do długotrwałego noszenia na rękach działa zdecydowanie na korzyść chusty.

mobilność, czyli kładki i schody

W tej kwestii się nie zawiodłam. To znaczy może na strome nasypy nadal łatwiej się wdrapać bez dziecka, ale gdybym tam miała tachać wózek… O nie… Jest masa trudno dostępnych miejsc, które się kompletnie nie nadają się do jazdy wózkiem. Za to noszenie w chuście jest w ich przypadku idealne. Kładki, nasypy, góry, schody, drabinki, mocno piaszczyste plaże, nierówny teren, trawiaste łąki, zaspy śnieżne – jest wiele takich miejsc. Dlatego na tego typu spacery zdecydowanie lepsza jest chusta. Albo nosidło.

usypianie w chuście

O tym też sporo pisali rodzice. Że dziecko się wspaniale usypia w chuście. Jak jest u mnie? Mały zdecydowanie najczęściej usypia przy piersi, więc jednak nie jest to chusta. Niemniej jednak wiele razy zasypiał także w chuście i wózku, a także w foteliku samochodowym. Także w zasadzie tak, może być to jeden ze sposobów usypiania. Tylko oczywiście może być problem, jak się chce dziecko z chusty wyjąć i odłożyć tak, żeby się nie obudziło. Tylko że to przy każdym odkładaniu może być problemem 😉

bliskość cudowna, ale czasem kłopotliwa

W chuście można wytulić dziecko to oczywiste. Można je też wycałować i jeśli takiej bliskości oczekiwałam po chustonoszeniu to nie zawiodłam się. Jednak ma ona czasem mniej fajne oblicza. Na przykład dziś syn pogryzł mnie w policzek i zdjął okulary. No cóż uroki ząbkowania, które przy niemowlaku jest niekończącą się przygodą. Na to też warto być przygotowanym…

to jednak nie warto?

Trochę się nazbierało tych zawodów i niespełnionych oczekiwań. Nie oznacza to jednak, że nie warto nosić. Myślę, że warto chociaż spróbować, zobaczyć czy to dla nas. Można też  robić tak jak ja – nosić wtedy, kiedy będzie na to dobry czas i robić przerwę, gdy będzie z tego więcej frustracji niż pożytku. Można wziąć z chusty to, co najlepsze – nie trzeba kupując ją decydować się na to, że od teraz tylko chusta i nic innego. A ja chciałam tu napisać o różnych upierdliwych rzeczach po to, byście na nie byli przygotowani lub też miło się zaskoczyli, że Was to nie dotyczy.

Planuję też takie bardziej pozytywne wpisy o chustach. Także spokojnie chustoświry, nie zjedzcie mnie jeszcze 😉

 

 

 

Spread the love