Znacie te okropne myśli krążące nie raz po głowie? „Niech on przestanie krzyczeć, nie wytrzymam dłużej tego wrzasku”, „Uff, wreszcie jestem sama w łazience”, „Kiedy on wreszcie zaśnie?”, „Oddam wszystko za chwilę ciszy…” Może coś jeszcze?
Zmęczeni rodzicielstwem? Nie tylko Wy tak macie… Co więcej, nawet ja – mama po stracie z doświadczeniem niepłodności mam czasem dosyć. Nawet mnie to zaskoczyło, że akurat pod tym względem nie różnię się od innych mam.

Pragnienie macierzyństwa

Niepłodność, strata jedynego dziecka – w takich okresach myśli krążą wokół dzieci. A raczej wokół braku dzieci. Bardzo odczuwalnego. Bywa, że jest to stan, w którym dzieci kolą w oczy, gdy widok obcych dzieci potrafi zaboleć. Człowiek uświadamia sobie, jaką wartością one są. Jaką wartością jest możliwość posiadania potomstwa. Poczęcia, urodzenia, opieki, wychowywania… Odczuwa się to jako coś potrzebnego do szczęścia, w niektórych momentach nawet zapominając o wszystkim innym.

Czy idealizuje się wtedy rodzicielstwo? Możliwe, choć bardziej wygląda to tak, że się nie myśli o jego trudach. Zwykle jest się ich świadomym, ale ma się takie poczucie, że jest to słodki ciężar. Bardzo chciany. Efekt uboczny, mimo którego jednak warto być rodzicem. Na pewno do osób bezdzietnych docierają głosy ich krewnych i znajomych o tym, jak wyglądają trudy rodzicielstwa. Więc jakaś wiedza jest. Niepełna – to jasne, ale jest. Niewyspane twarze rodziców nie zrażają jednak tych, którzy ciągle marzą o tym, by mieć powód takiego niewyspania. Może obiecują sobie, że jak się wreszcie uda to nie będą narzekać?

Jednak mogę mieć dosyć?

Kiedy się udaje, to trochę ciąży ten kult cudowności rodzicielstwa. Bo przecież takie wymarzone, to nie ma co – trzeba przetrwać. To ten słodki ciężar, nasze upragnione dziecko. Nim mamy być zmęczeni? Jego towarzystwem, opieką nad nim, o której śniliśmy po nocach? No jak to… tak, wiadomo, że miało być ciężko, miało być niewyspanie, ale przecież my tyle przeszliśmy by mieć dziecko, że powinniśmy to jakoś lepiej znosić niż inni, nie?

No nie… Pewnie, że te doświadczenia niepłodności czy straty coś z człowiekiem robią. Tak, bardzo docenia się dzieci, rodzicielstwo. Tak, widzi się w tym dużą wartość, wyższą niż np. kariera. Tak, kocha się swoje wyczekane dzieci z całych sił, robi dla nich wiele. Czasem już od poczęcia trzeba wiele poświęcić… Wydać mnóstwo pieniędzy, leżeć plackiem przez kilka tygodni, zwiedzać szpitalne oddziały albo robić sobie codziennie zastrzyki. Teoretycznie można by stwierdzić, że i na to nie wypada narzekać, ale to nie dotyczy bezpośrednio kontaktu z dzieckiem, więc łatwiej sobie odpuścić. Mieć dosyć kłucia siebie, leżenia i nie tylko o tym pomyśleć, ale nawet powiedzieć. To przecież jest dalsza wyboista droga do upragnionego celu (w innym przypadku tą drogą mogą być np. procedury adopcyjne)…

W końcu pojawia się ono – wyczekane dziecko. Życie robi się pełniejsze, ktoś zapełnia to puste miejsce w rodzinie i można poczuć, że wszystko jest na swoim miejscu. Spełniło się nasze największe marzenie – czyli co, jest idealnie? No nie do końca. Bo nawet, gdy dziecko było wyczekane to trudy rodzicielstwa i tak będą. A rodzice będą je odczuwać. Nawet jeśli nie trafi im się „high need baby”, to i tak pojawia się ostre starcie potrzeb. Bo jednak bycie rodzicem nie pozbawia człowieka potrzeb. Tylko czasami utrudnia ich spełnianie ;).

Kwestia potrzeb

Mogłoby się wydawać, że skoro ktoś tak czekał na dziecko, to skoro ono się pojawiło, to może rzucić w kąt swoje własne potrzeby i skupić się tylko na potrzebach potomstwa. Ale to tak nie działa, a przynajmniej nie powinno. Dlaczego? Hm… czas starań faktycznie często bywa spolaryzowany i tak nastawiony, jakby dziecko było jedynym celem i szczęściem i oprócz niego już nic nie było potrzebne. A jednak jest. Choćby te podstawowe rzeczy jak jedzenie i spanie. Są też mniej podstawowe, które się odzywają – realizowanie pasji, kontakty towarzyskie, chwila ciszy na zebranie myśli.

Doświadczenia z niepłodnością i stratą nie czynią z nas „turbo człowieka”. Tak, one dużo w nas zmieniają, ale nie sprawią, że nie będziemy się męczyć rodzicielstwem, także psychicznie. Nie sprawią, że dzięki temu co przeszliśmy nie będziemy mieć problemu z tym, że za mało śpimy i na pewno nie zirytujemy się, ze nie możemy w spokoju skorzystać z toalety. Nie będziemy dzięki temu pozbawieni takich emocji. Przynajmniej tak jest w moim przypadku.

O moim przejściach trochę pisałam tu i tu. Wspominałam też, co dobrego przyniosły mi te doświadczenia. Nie były to jednak „supermoce” i „skill” nie odczuwania frustracji, a m.in. wrażliwość na inne osoby, które przeszły lub przechodzą przez to co ja. Kiedy brakowało mi dziecka, tego dopełnienia rodziny, faktycznie to marzenie było na pierwszym planie. Inne były już mniej ważne. Na szczęście starałam się też mieć w życiu coś jeszcze – dlatego powstało to miejsce, ale to był jakby produkt zastępczy.

Spojrzenie w głąb siebie

10 miesięcy temu mój syn pojawił się poza brzuchem i po kilku dniach w szpitalu przywieźliśmy go do domu. Bardzo często patrzę na niego rozanielonym wzrokiem, ale no własnie – nie ma tak, że on zawsze budzi we mnie te przyjemne odczucia. Te niewygodne i trudne też są, jakże by inaczej. Mimo, że o pierwsze dziecko się jakiś czas starałam i mimo, że je straciłam, to potrafią mnie zirytować sytuacje związane z moim synem, czasem mam dość zmieniania pieluch, czasem nie umiem już słuchać krzyku. Miewam też chęć odklejenia się od dziecka i czasu bez niego. Chwili samotności w łazience czy przejażdżki rowerowej w pojedynkę. Zdarza mi się odczuwać dużą ulgę, gdy mały wreszcie zaśnie.

W zasadzie każdej mamie może być głupio coś takiego mówić. A już mi szczególnie. Pewnie nie wypada. Przecież mam, co chciałam. Mogły mi się zdarzyć jakieś wyrzuty sumienia, że coś takiego czuję. Musiałam zaakceptować te emocje i chęci i dać sobie do nich prawo. Zrozumieć, że w tym kontekście jestem taką samą mamą jak inne – bo i od moich koleżanek słyszałam takie relacje, taki też jest przekaz społeczny. Myślałam, że jestem inna, ale okazuje się, że w tym akurat nie. Też bywam zmęczona moim upragnionym macierzyństwem.

Jak to zauważyłam i zaakceptowałam? Zauważyć nie było trudno, gorzej z przyznaniem się, że faktycznie tak jest i akceptacją tych odczuć. Co pomogło? Relacje moich koleżanek dotyczące ich trudności w macierzyństwie (właśnie takich podobnych do moich). O ich zmęczeniu, chwilach, kiedy miały wszystkiego dosyć, braku czasu, głodzie, bo nie było kiedy zjeść, momentach kiedy odpuszczały i włączyły dziecku bajkę… Widziałam, że ważny jest jakiś balans między potrzebami dziecka i matki. Ale… nie były to zwykle mamy po stracie. Tu musiałam się właśnie zorientować, że nie dostałam wraz z moimi doświadczeniami „skilla” niezmęczenia, braku własnych potrzeb i braku nerwu związanego z sytuacjami dotyczącymi mojego dziecka. Jednak nie. Musiałam po prostu to przetrawić i uznać, że tak po prostu jest. Pomógł też dystans.

To tylko łyżka dziegciu w beczce miodu

Czy wobec tych strasznych trudów macierzyństwa żałuję tych wszystkich perturbacji prowadzących do niego? Oczywiście, że nie! To jest warte tej ceny, którą zapłaciłam. Jest warte zmęczenia, niewyspania, frustracji, łazienkowego towarzystwa, bólu kręgosłupa. Jestem zaszczycona, że mogę opiekować się małym człowiekiem i go wychowywać. To piękne, poważne i trudne zadanie. Wypełniło moje życie i bardzo bym chciała, by wszystkie osoby, które tego pragną mogły tego doświadczyć. A jak nie… to żeby dały radę znaleźć w życiu inne ważne cele, żeby znalazły sens.

Spread the love