Kiedyś myślałam, że karmi się piersią ot tak – wystarczy chcieć i po prostu idzie. Że nie trzeba się tego uczyć, że skoro to jest takie naturalne, to wystarczy przysunąć dziecko do piersi i ono po prostu będzie jadło. Potem zaczęłam trochę czytać „po internetach”, urodziłam drugie dziecko, a także zaczęłam częściej rozmawiać z koleżankami o karmieniu. Rzeczywistość okazała się trochę bardziej skomplikowana.

Przed drugim porodem nie poruszałam z koleżankami jakoś bardziej dogłębnie tematu karmienia piersią. W sumie nie wiem, dlaczego nie… ale dopiero jak sama trochę się pozmagałam z karmieniem, dowiedziałam się, że tu był problem z wagą, tu z wędzidełkiem, tu płaska brodawka, tu to, tu tamto… Zaskoczyła mnie wręcz skala problemów i to nie były jedynie kobiety po cc (cesarskim cięciu) czy mamy wcześniaków.

Studium mojego przypadku

Do karmienia po drugim porodzie byłam bardzo pozytywnie nastawiona. W dodatku uzbrojona w wiedzę m. in. z książki „Karmienie piersią” Magdy Karpieni i bloga hafija.pl. Entuzjastycznie nastrajał mnie fakt, że po moim pierwszym porodzie, który był cięciem „na zimno” w 29tc mleko samo wydobywało się z piersi. Mimo braku stymulacji przez dziecko czy nawet laktatorem.

Tym razem poród zaczął się sam, ale też skończył się cc. Czy to jakoś wpłynęło na laktację? Nie wiem… w każdym razie pierwszy samoistny wypływ mleka miałam dopiero po powrocie do domu. Ale przecież mleko wcale nie musi tryskać, żeby wykarmić dziecko. Wystarczy, że produkuje się w piersi podczas ssania dziecka.

Początkowe problemy związane z karmieniem

Niemniej okazało się, że i mnie nie ominą problemy na początku mojej „mlecznej drogi”. Niby z zewnątrz dla niewprawnego oka nic ich nie zapowiadało. Były piersi, było dziecko. Dziecko z tych piersi niby jadło… Problem wyszedł najpierw na wadze. Syn spadł o to graniczne 10% swojej wagi urodzeniowej, a nawet więcej.

Nikt wcześniej nie zauważył, że mały może i jest przy piersi, ale przez większość czasu przy niej śpi, a nie ssie. Oczywiście skutkowało to tym, że nie dość że jadł za mało, to jeszcze za mało stymulował laktację. Ja jakoś na to nie wpadłam – przez brak doświadczenia.

Dokarmianie

Co było dalej? Ano trzeba było zawalczyć o wagę. Położne zarządziły dokarmianie. Nie wiem czy to dzięki mojemu planowi porodu, w którym zawarłam to, że nie chcę dawania butelki i mm (mleka modyfikowanego), ale zaproponowały sondę przy piersi. Czyli wyglądało to tak, że ja normalnie przystawiałam dziecko do piersi, a dodatkowo do buzi małego była wkładana cienka rureczka, której drugi koniec był w pojemniku z mlekiem. Czyli jednoczesne dokarmianie i stymulowanie laktacji. A moja laktacja wtedy jeszcze na dobre nie ruszyła. Była w powijakach. Można coś podobnego znaleźć pod nazwą SNS.

Dzięki oczytaniu wiedziałam o co chodzi i się zgodziłam. Wymagało to szczególnie na początku dużo zaangażowania od położnych. Mleko z pojemniczka nie zawsze chciało się zasysać. Rurkę trzeba było poprawiać, kilka razy wkładać od nowa. Ale po jakimś czasie nawet sama nauczyłam się ją wkładać.

Jakie mleko? Nie chciałam dokarmiania mm. Prawie się udało zrealizować ten postulat, jednak nie do końca. Na początku dokarmiania nie miałam jeszcze wystarczająco swojego mleka, bo dopiero zaczęłam pracować laktatorem. Na szczęście dzięki metodzie 7-5-3 powoli skapywało coraz więcej siary. Za drugim razem połowę pojemniczka mogłam wypełnić mlekiem własnej produkcji, za to trzeci był już cały z moim.

Trud i niewyspanie

Praca nad laktacją i wagą Gabrysia niestety nie ustawała nocą. Miałam karmić nie rzadziej niż co 2,5h. W nocy też. A że na każde karmienie przypadało dokarmianie to jeśli chciałam dać swoje mleko, to musiałam je najpierw ściągnąć. Rozkład jazdy wyglądał tak, że wyparzałam laktator (15min), ściągałam pokarm (30-50min), wołałam położną, przewijałam małego, żeby się obudził i była akcja karmienia. Oczywiście razem z rurką. Zdarzało się, że zanim się udało ją poprawnie wsunąć do małej buzi mijało trochę czasu. Opróżnienie przez Gabrysia pojemnika też potrafiło potrwać, a czasem w trakcie dokarmiania trzeba było kilka razy poprawiać całą konstrukcję. Po karmieniu zostawała mi z godzinka snu do kolejnego maratonu.

Emocje

Wreszcie miałam swoje dziecko przy sobie, więc to powinien być najszczęśliwszy czas dla mnie. Powinny mu towarzyszyć wyłącznie przyjemne emocje… Ale wdarło się trochę tych trudnych – jedne z powodu cesarki, a drugie właśnie w związku z karmieniem.

Była niepewność, czy mały zacznie dobrze przybierać, czy nauczy się ssać. Było sporo zmęczenia związanego z całodobowym rytmem karmienia i brakiem snu. Był stres, czy to wszystko się uda. Było także jakieś poczucie bycia niewystarczającą, jakiejś porażki. Były łzy w momentach, kiedy tych wszystkich emocji i stresu było już za dużo.

Pewnie wiele osób doświadczających problemów z kp miało myśli typu „nie umiem nakarmić własnego dziecka, co ze mnie za matka”. Dobrze, że to u mnie trwało krótko. Wiem, że nie wszyscy mają tyle szczęścia i zamiast kilku dni taki stan trwa kilka miesięcy.

Wsparcie

W godzinach odwiedzin był ze mną mój mąż i jego wsparcie było bezsprzeczne. Jakoś trudniej było z innymi odwiedzającymi (rodzice). Jeśli chodzi o położne i ich mentalne wsparcie to bywało różnie. Bywały takie, które potrafiły wyprosić moich gości jak widziały, że Ci mnie w jakiś sposób dołują. Były też takie, które wprost podnosiły na duchu mówiąc, że jest mleko, że niedługo będę już karmić normalnie. Inne ograniczały się do fizycznego ogarniania dokarmiania. Wydaje mi, że wsparcie które otrzymałam było wystarczające. Koleżanka z sali mimo porodu naturalnego miała mniej szczęścia, bo trafiła na położną, która nie chciała „się bawić” w podawanie przez rurkę i wcisnęła jej butelkę. Słyszałam też o mówieniu mamie, że wypaliło jej mleko w piersiach…

W tekstach o kp, z którymi miałam okazję się zapoznać przewija się stwierdzenie, że wsparcie jest kluczem do sukcesu. Miałam je w mężu, położnych, znajomych. Oprócz wsparcia miałam także wiedzę, którą zdobyłam jeszcze w ciąży. Na przykład o tym że podanie butelki może zaburzyć laktację i SNS jest zdecydowanie lepszym wyjściem.

Czy się udało?

Na szczęście Gabryś dokarmiany zaczął przybierać i spadek wagi zrobił się akceptowalny. W domu dokarmiałam tylko przez dwa dni. Impulsem do tego by przestać było pęknięcie sutka w czasie ściągania pokarmu laktatorem. Dodatkowo widziałam, że mały już normalnie ssie i są to zdecydowanie dłuższe ssania niż na początku. Na kupionej wadze przyrosty masy też były w porządku.

Pisząc ten tekst, mam 11 miesięczny staż karmienia i będę karmić dalej. Do kiedy? Na pewno jeszcze miesiąc a prawdopodobnie sporo dłużej. Można więc powiedzieć, że się udało, czego i Wam życzę. Szczególnie życzę wsparcia, bo jego brak często kończy mleczną drogę.

Jak się przygotować na problemy?

– Poczytać o karmieniu i problemach jeszcze w ciąży
– Zdobyć kontakt do doradcy laktacyjnego
– Napisać szczegółowy plan porodu
– Zachęcić ojca dziecka by też zgłębił temat
– Skompletować sobie potencjalną grupę wsparcia
– Nauczyć się asertywności w stosunku do personelu medycznego

 

Spread the love